Co na obiad po pracy, kiedy nie chce się gotować

Obiad w 20 minut z tego, co leży w szafce, i gotowanie raz na dwa dni zamiast codziennej walki z garnkami. Dla tych, którzy po pracy mają siłę najwyżej na jeden garnek.
Wracam z urzędu, wnoszę zakupy na czwarte piętro i na trzecim mam już gotową decyzję: nic dziś nie gotuję. Na czwartym otwieram aplikację z jedzeniem. Tak wyglądało moje kwietniowe popołudnie przez dobre kilka lat, a rachunek pod koniec miesiąca wyglądał jak rata za coś dużego.
Gotować nie przestałam lubić. Przestało mi się chcieć wymyślać, co ugotować, i to właśnie zjadało resztkę energii. Dlatego ten wpis jest bardziej o tym, co mieć w domu i kiedy gotować, niż o przepisach.
Szafka, z której zawsze coś wyjdzie
Mój zapas to kilka rzeczy, które nie psują się przez tygodnie: makaron, kasza, ryż, puszka pomidorów, ciecierzyca albo fasola w słoiku, jajka, cebula, czosnek, kawałek twardego sera. W zamrażarce mrożony szpinak, groszek, mieszanka warzyw i coś do zupy. Na drzwiach lodówki musztarda i koncentrat pomidorowy.
Z tego da się zrobić obiad bez wychodzenia z domu. Makaron z pomidorami, ciecierzycą i szpinakiem to 20 minut, z czego 10 stoi woda. Kasza z jajkiem sadzonym i podsmażoną cebulą to tyle samo. Szakszuka na puszce pomidorów, jeśli w domu jest chleb. Kiedy szafka jest pełna, nie muszę wchodzić do sklepu po pracy, a to jest pół godziny życia odzyskane bez żadnej siły woli.
Kilka moich obiadów na najgorsze dni, kiedy nawet 20 minut to za dużo. Jajecznica na cebuli z pomidorem i chlebem. Kuskus zalany gorącym bulionem, do tego ser feta albo twaróg i ogórek. Zupa z mrożonych warzyw, zblendowana z łyżką śmietany. Tortilla z fasolą z puszki podgrzaną na patelni z przyprawami i kukurydzą. Żadne z tych dań nie trafi do książki kucharskiej, ale każde jest ciepłe, sycące i gotowe, zanim zdążę usiąść.
Zakupy robię raz w tygodniu, w sobotę rano, z listą zapisaną w telefonie. Po pracy kupuję najwyżej pieczywo i coś świeżego, co się nie dźwiga.
Gotuję co drugi dzień, a ten drugi dzień jest wolny
Kiedyś gotowałam codziennie od zera, małe porcje, bo „świeże”. Kończyło się na tym, że w środę i w czwartek nie gotowałam wcale. Teraz gotuję jeden garnek na dwa dni. Gulasz z warzywami, leczo, zupa krem, makaron zapiekany w naczyniu. Jedną porcję jem od razu, druga czeka w lodówce na jutro, a jutro po pracy tylko ją podgrzewam i siadam.

Żeby to było bezpieczne, trzymam się prostych zasad. Ugotowane jedzenie po wystudzeniu wkładam do lodówki w ciągu ok. 2 godzin, nie zostawiam garnka na kuchence na noc. Resztki zjadamy w ciągu 3-4 dni. Jeśli wiem, że nie zdążymy, od razu przekładam porcję do pudełka i zamrażam. Zupa i gulasz znoszą to bardzo dobrze, makaron gorzej.
Na dzień bez gotowania mam jeszcze jedną sztuczkę. Kiedy już kroję cebulę i marchewkę, kroję podwójną ilość i połowę wkładam do pudełka. Następnego dnia baza jest gotowa i wystarczy wrzucić ją na patelnię. Na deskę do krojenia patrzę wtedy jak na wroga pokonanego wczoraj.
Ile to kosztuje, a ile kosztowała dostawa
Policzyłam to w marcu, bo chciałam wiedzieć, ile płacę za zmęczenie. Porcja domowego obiadu z zapasów wychodzi mi ok. 8-15 zł, zależnie od tego, czy jest w nim mięso. Jedno danie z dostawą z opłatą za dowóz to dziś zwykle 40-60 zł. Przy trzech zamówieniach w tygodniu różnica w miesiącu robi się większa niż mój rachunek za prąd i internet razem.
Najwięcej oszczędzam na tym, że nie wyrzucam jedzenia. Kiedyś kupowałam warzywa „na zdrowy tydzień”, a w piątek wyrzucałam połowę zwiędłej sałaty. Teraz świeże kupuję na dwa-trzy dni, a resztę biorę z zamrażarki. Mrożony szpinak i groszek sprawdzają się w garnku po pracy tak samo jak świeże, a nie trzeba ich myć ani kroić.
Nie zamierzam udawać, że już nigdy niczego nie zamówię. Po długim tygodniu czasem zamawiam i to jest w porządku, bo to mój wybór, a nie bezsilność na trzecim piętrze.
Jedna rada na koniec, od kogoś, kto codziennie o 15:30 wychodzi głodny. Zjedz coś małego w pracy około 14:00. Kiedy wracam do domu bez wilczego głodu, mam cierpliwość na 20 minut gotowania. Kiedy wracam z pustym żołądkiem, wygrywa pierwsza rzecz, którą da się zjeść bez talerza.
Do kieszeni
- Makaron, kasza, puszka pomidorów, jajka i mrożony szpinak to obiad bez wychodzenia do sklepu.
- Gotuj jeden garnek na dwa dni.
- Ugotowane do lodówki w ciągu 2 godzin, zjedzone w 3-4 dni.
- Krój warzywa podwójnie i połowę schowaj na jutro.
- Mała przekąska o 14:00 ratuje wieczorne gotowanie.
Lidia pisze o tym, co sama zrobiła po wyjściu z urzędu: ile trwało, ile kosztowało i czy było warto. Poznajmy się