Przeskocz do tekstu

Dobry wieczór!

W domu

Urlop w domu, który naprawdę jest urlopem

4 min czytania Pisze Lidia

Otwarta książka i kubek na parapecie przy oknie

Tydzień wolnego bez wyjazdu łatwo przerobić na tydzień sprzątania szaf i załatwiania zaległych spraw. Kilka zasad, dzięki którym po powrocie do pracy czujesz, że miałaś urlop.

Dwa lata temu wzięłam tydzień urlopu w lipcu i postanowiłam „odpocząć w domu”. W poniedziałek umyłam okna, we wtorek posegregowałam szafę, w środę poszłam do przychodni i do banku, w czwartek przyjechał hydraulik. W piątek byłam bardziej zmęczona niż po tygodniu w urzędzie, a w poniedziałek wróciłam do okienka z poczuciem, że ktoś ukradł mi tydzień życia.

W tym roku znowu mam tydzień w domu, ale tym razem z zasadami. Zapisałam je w zeszycie, bo z głowy znikają szybciej niż lody na balkonie od zachodu.

Mieszkanie też ma tydzień wolnego

Pierwsza zasada jest najtrudniejsza: żadnych porządków ponad codzienne minimum. Zmywam, wynoszę śmieci, podlewam zioła. Okna, szafy, piwnica, malowanie przedpokoju czekają na zwykły weekend. Jeśli dom wymaga generalnego sprzątania, robię je w sobotę przed urlopem, żeby przez tydzień nie musieć na nie patrzeć.

Druga zasada: zero spraw urzędowych, lekarzy kontrolnych i fachowców. Wiem, że to kusi, bo w końcu jest czas w godzinach pracy urzędu. Ale każda taka sprawa zjada pół dnia razem z dojazdem i czekaniem, a ty wracasz z niej w trybie „praca”. Dzień wolny na sprawy biorę osobno, nie z urlopu.

Do tego dochodzą prośby. Kiedy rodzina i znajomi wiedzą, że masz urlop i siedzisz w domu, nagle masz czas na wszystko: na odebranie paczki dla sąsiadki, na podwiezienie kogoś do lekarza, na pomoc przy przeprowadzce kuzyna. Jedna taka prośba to nic. Pięć w tygodniu to urlop zabrany po kawałku. Ja mówię wprost, że mam urlop, i ustalam jeden dzień, w którym mogę komuś pomóc. Pozostałe są moje.

Trzecia zasada: telefon służbowy wyłączony, poczta służbowa nieotwierana. Jeśli ktoś w pracy naprawdę będzie mnie potrzebował, wie, jak mnie znaleźć.

Jedna przyjemność dziennie

Puste dni łatwo przelatują przez palce. Rano się wyśpisz, potem kawa, potem telefon, i nagle jest 15:00. Dlatego na każdy dzień urlopu planuję jedną rzecz, na którą się cieszę. Tylko jedną, żeby nie zrobić z urlopu grafiku.

Mój tegoroczny tydzień wygląda tak. W poniedziałek śniadanie na mieście, długie i bez pośpiechu, w miejscu, do którego w tygodniu nie zdążam. We wtorek basen rano, kiedy na torach nie ma nikogo. W środę muzeum w darmowy dzień i obiad w dzielnicy, w której nie byłam od lat. W czwartek cały dzień z książką na balkonie i kolacja z grilla u znajomych na działce. W piątek rower i trasa wzdłuż rzeki za miasto. W weekend nic.

Otwarta książka i filiżanka kawy na pościeli
Otwarta książka i filiżanka kawy na pościeli

Dobrze robi też wyjście z domu choć raz dziennie, nawet jeśli to tylko spacer do piekarni. Kiedy przez cały dzień nie zejdę z czwartego piętra, wieczorem mam wrażenie, że urlop przeleciał obok mnie, a ja patrzyłam na niego zza firanki.

Reszta dnia jest wolna. Jeśli chcę leżeć, leżę. Tym razem wygrała kanapa, mówię wtedy, i nie mam o to do siebie pretensji, bo to kanapa wybrana, a nie kanapa z braku pomysłu.

Turystka we własnym mieście

Najlepsze momenty takich urlopów to te, w których patrzę na własne miasto jak przyjezdna. Idę na spacer z przewodnikiem, którego normalnie nie mam czasu szukać. Wchodzę do kościoła, obok którego przechodzę od dwudziestu lat. Jadę autobusem do końca linii i wracam pieszo inną drogą. Siedzę przed południem w parku, w którym w tygodniu są tylko mamy z wózkami i emeryci, i dociera do mnie, że tak wygląda miasto, kiedy ja siedzę za szybą okienka.

Pomaga też zmiana drobnych przyzwyczajeń. Jem śniadanie na balkonie, a nie przy blacie. Nie nastawiam budzika. Kawę piję z porcelanowej filiżanki, którą trzymam na „specjalne okazje”. Kark, który przez cały rok pracuje pod monitorem, odpoczywa przy książce trzymanej na wysokości oczu.

Koszt takiego tygodnia to kilka biletów komunikacji, wejściówki, jedno śniadanie na mieście i parę lodów. U mnie wyszło niecałe 300 zł. Więcej wydałabym, gdybym z nudów zamawiała jedzenie.

Tydzień to mało, dwa to urlop

Jedna rzecz z przepisów, o której łatwo zapomnieć. Urlop wypoczynkowy można dzielić na części, ale przynajmniej jedna z nich powinna trwać co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych, razem z weekendami. U mnie ten przepis ma sens: w pierwszym tygodniu dopiero się odkręcam, a w drugim przestaję śnić o numerkach. Jeśli dzielisz urlop na tygodniowe kawałki, zaplanuj jeszcze w tym roku dwa tygodnie w jednym ciągu, w domu albo poza nim.

Do kieszeni

  1. Porządki zrób w sobotę przed urlopem, nie w trakcie.
  2. Żadnych urzędów, lekarzy kontrolnych i fachowców w urlopowe dni.
  3. Jedna zaplanowana przyjemność dziennie, nie więcej.
  4. Telefon służbowy wyłączony od pierwszego dnia.
  5. Jedna część urlopu w roku powinna mieć co najmniej 14 dni z rzędu.

Lidia pisze o tym, co sama zrobiła po wyjściu z urzędu: ile trwało, ile kosztowało i czy było warto. Poznajmy się